Wespół zespół

Ileż to się nasłuchałam, że książki są drogie i między innymi dlatego spada czytelnictwo. Niestety argument dotyczący cen do mnie nie przemawia. Ci sami obywatele, którzy sarkają, że ceny książek są za wysokie, wydadzą bez żalu na nowe dizajnerskie gadżety, żeby być trendy, jazzy i cool. Oto scenka rodzajowa, która miała miejsce na jednym z letnich kiermaszy. Do naszego stoiska podchodzi opalony pan z wąsem i złotym łańcuchem na szyi. Bierze któryś z tomów Julka i Julki, przegląda i pyta:

– A ile to kosztuje?

– Dziś taniej, 15 zł.

Pan prycha i pyta:

– Ile? Przecież to tani papier! To powinno kosztować kilka złotych.

Temu panu (choć zapewne tego nie przeczyta) i innym tego typu „czytelnikom” pragnę przypomnieć, że wydanie książki to nie tylko druk. Zanim do niego dojdzie, jest kilka miesięcy, ba, czasami lat pracy autora lub autorów, a potem tych wszystkich osób – redaktorów, korektorów, projektantów, ilustratorów, specjalistów dtp, drukarzy, wydawców – bez których książka nie miałaby szans ukazać się na świecie.

Mam poczucie, że wielu osobom wydaje się, że publikowanie książek dla dzieci to bajka, że taki wydawca albo wydawczyni leży i pachnie, a krasnoludki, elfy lub inne liliputy pracują za nas. Nie ma tak dobrze. To często pot i łzy. Krew strumieniem jeszcze się nie polała, choć papier niejeden raz skórę przeciął boleśnie.

Scenariusze bywają różne. Autor przychodzi do wydawcy i ma gotowy maszynopis. Wydawca wpada w zachwyt. Wysyła książkę do redaktora, który w zależności od klasy, wprawy, doświadczenia autora pastwi się nad tekstem bardziej lub mniej. Potem następuje korekta pierwsza. Tekst dostaje grafik, który pracuje nad leyoutem. Dobieramy czcionkę. W naszym wydawnictwie często kupujemy nowe, które wpadną nam w oko. Lubimy zmiany i eksperymenty. Jeśli jest to książka tylko z tekstem, to zaczyna się kolejne czytanie i kolejna korekta. Czyta to nie tylko ten sam korektor, ale co najmniej dwóch. Jednocześnie grafik pracuje nad okładką, wyklejką, typografią. Dopieszczamy i… wysyłamy do druku. Po akceptacji ozalidów z drukarni czekamy w napięciu na efekt…
Podobnie wygląda praca nad obcym tekstem, w związku z którym kupujemy licencję. Oczywiście w tym wypadku nie obejdzie się bez tłumacza.
Scenariusz następny: autor pisze i jednocześnie rysuje, czyli dwa w jednym. Przynosi wydawcy projekt książki autorskiej. Niekiedy projekt jest tak dojrzały i dopracowany, że wystarczy tylko dopieścić szczegóły – w których diabeł tkwi – i można książkę drukować. Często kupujemy licencje dotyczące książek autorskich między innymi mojego ulubionego artysty Wolfa Erlbrucha.
Jest też scenariusz, który osobiście lubię najbardziej. Wydawca ma pomysł i szuka do niego autorów. Praca nad takim projektem zazwyczaj trwa najdłużej i jest najbardziej wymagająca, ale też daje najwięcej satysfakcji. Po drodze często zmienia się koncepcja, czasami pojawiają się zawirowania, ale dla dobra projektu zazwyczaj udaje się dojść do porozumienia. I w takiej sytuacji nie obejdzie się bez redaktora, korektora, doświadczonego projektanta, detepowca, sprawdzonej drukarni, bystrego działu ctp…

Każda książka to oddzielny rozdział w życiu wydawnictwa i inne emocje. Ale nad każdą pracuje wiele osób, nawet w tak małej oficynie jak Hokus-Pokus.

GUS podał, że statystyczny Polak wydaje rocznie 19 zł na książkę… Jak już wydaje tę oszałamiającą kwotę, to niech pomyśli o całym łańcuszku osób pracujących nad książką, żeby nie było mu tej kwoty żal. Polacy, starajmy się być mniej statystyczni… przy kupowaniu książek.

**

Felieton ukazał się w 21. numerze „Rymsa” (styczeń 2014)

Marta Lipczyńska-Gil – właścicielka wydawnictwa Hokus-Pokus, naczelna kwartalnika o literaturze dla dzieci i młodzieży „Ryms” oraz wortalu www.ryms.pl. Laureatka Gwarancji Kultury w 2011 r. w kategorii „Osiągnięcia w twórczym rozwoju dzieci i młodzieży” oraz „Nagrody za upowszechnianie czytelnictwa 2013” PS IBBY. Mama Franciszka i Juliusza.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *